26 listopada 2007

GRINDHOUSE


Yo! Dzisiaj będziecie mieli okazję poczytać moje wypociny na temat Death Proof i Planet Terror! Tak, dzisiaj poważna dawka z karabinu, oj tak... zrobi z waszego mózgu tarkę i pozwoli wam pławić się we własnych rzygowinach! Żeby jednak tekst był jasny dla większości normalnych ludzi którzy swoją normalnością skazili ten blog objaśnię co kryje się za takimi pojęciami jak: Grindhouse, Death Proof, Planet Terror i kupa zmasowanego przez buldożer jelenia (no dobrze, jeśli wasze przerażone oczka wyrażają strach po przeczytaniu ostatniej części poprzedniego zdania to o kupie nie będzie nic).

GRIND HOUSE (n):

A theater playing back-to-back films exploiting
sex, violence, and other extreme subject matter.


Generalnie idea Grindhouse (czyt. grajndhałs) zrodziła się w USA. Nazywano tak kina w którym widzowie mogli nacieszyć oczka produkcjami filmu klasy B, miejscami klasy D albo totalnymi kaszanami klasy Z(jeśli w ogóle taka klasa istnieje). Jako że w języku angielskim wszystko ma swoją nazwę, taki filmy, pokazywane w Grindhouse, nazywane są "Exploitation". Obrazy tego nurtu charakteryzowały się soczystym językiem, ("kurwa, do chuja...), krwawymi akcjami ze wszystkimi broniami tego świata (...upierdolę ci tę jebane nogę piła mechaniczną mojego wujka), seksem we wszystkim możliwych odmianach i pozycjach(...potem będziemy się pierdolić jak bloki w Hiroszimie po ataku atomowym...) oraz banalnością fabuły(...później może skoczę na pizze i pogadam z chłopakami"). Wyróżniamy również nurt Blaxploitation, który różnił się tylko tym od Exploitation, że głównymi bohaterami byli Afroamerykanie którzy żyli w slumsach. Warto dodać, że jeśli człowiek ma na tyle porty beret żeby pójść na jeden taki film, to autorzy idei stwierdzili, że jeszcze jeden filmik klasy D nikomu nie zaszkodzi. Tak więc wybierając się do Grindhouse mamy dwie projekcje...ale to nie wszystko. Między filmami puszczane są zapowiedzi innych filmów klasy "D", czyli uczta dla fanów kiczu i ucinania kończyn i pół nagich kobietach, która w kościele ostatni raz były na swoim chrzcie...
Gdzie w tym wszystkim miejsce na Death Proof i Planet Terror? Oba filmy nie były nigdy wyświetlane w klasycznym Grindhousie, stanowią tylko nawiązanie do nurtu który lata świetności ma już dawno za sobą(lata '70, '80). Dlaczego i kto zdecydował się na wskrzeszenie chociaż na chwilę tej oryginalnej idei? Tym człowiekiem jest Quentin Tarantino, który razem ze swoim ulubionym kolegą po fachu Rodriguezem, powołuje do życia projekt Grindhouse. Warto zwrócić uwagę na sposób dystrybucji. W samych stanach mamy do czynienia z takim procederem:

1. Zwiastun: “Hobo with a Shotgun” - Jason Eisener/Rob Cotterill/John Davies. (Tylko w wybranych kinach)

2. Zwiastun: “Machete” - RR.

3. “Planet Terror.” - RR

4. Zwiastun:”Werewolf Women of the SS” – Rob Zombie.

5. Zwiastun: “Don’t” - Edgar Wright.

6. Zwiastun: “Thanksgiving” – Eli Roth.

7. “Death Proof.” - QT

(RR Robert Rodriguez QT-Quentin Tarantino)

A jak to wygląda w krajach nieangielskojęzycznych, jakby kto nie zauważył m.in w Polsce? Dystrybutor stwierdził że ludzie z tego kręgu nie wykmninią co to Grindhouse więc podzielili film na dwie części:
Grindhouse vol. 1. Death Proof
Grindhouse vol. 2. Planet Terror
Dodam że premiery obu części miały mała rozpiętość czasową (około 2 miesięcy)i że w na ekranach polskich kin nie zobaczycie wspominanych zapowiedzi. Krążyło wiele pomysłów na wyjaśnienie tej sytuacji, jednak kiedy przychodzi do głowy motyw pieniędzy problem jest rozwiązany. Pamiętam że była nawet petycja pod którą mogli podpisywać się kinomani, w której proszono o zachowanie idei Grindhouse jednak wszystko, mówiąc delikatnie, poszło się jebać...;/

Oba te filmy nie stanowią integralnej całości, opowiadają zupełnie inne historie, ale pomimo tego uważny widz wychwyci smaczki, które prowadzą stosowny dialog między Planet Terror a Death Proof.
Tak jak wspomniałem w Polsce nie było nam dane obejrzeć puszczanych pomiędzy filmami zapowiedzi. Na szczęście tylko teoretycznie bo w praktyce jest coś takiego jak youtube i tam możecie spokojnie obejrzeć wspomniane filmiki. Co prawda przeważnie są w niskiej rozdzielczości i mają niską jakość, ale warto je obejrzeć ponieważ każdy ma w sobie coś oryginalnego i były wyreżyserowane przez takie sławy jak:

Eli Roth
Edgar Wright
Rob Zombie
Robert Rodriguez
Quentin Tarantino

Linki do filmów znajdziecie na końcu posta.

Zastanówmy się gdzie mógłby zrodzić się tak absurdalny pomysł? Jest tylko jedna odpowiedź. A brzmi umysł Quentina Tarantino. Tylko jego mózg mógłby się wspiąć na wyżyny i opracować cudowny plan zniszczenia,jakim jest Grindhouse. Kupla do współpracy szukać daleko nie musiał, był nim wspomniany wyżej Rodriguez, który zdaniem wielu ludzi na tym świecie ma kicz we krwi. Ale co może mieć wspólnego z filmami klasy "D" taki wielki reżyser jakim jest Tarantino właśnie. Wystarczy cofnąć się o kilkanaście lat w przeszłość kiedy Pan Q. nie był jeszcze tak popularny jak jest dzisiaj. Pff... nie przesadzę jeśli napiszę że Tarantino znali jedynie sklepikarz u którego Q kupował kawę i pani bileterka. Co ma wspólnego z tym wszystkim bileterka? To że Q zamiast pilnie się uczyć namiętnie odwiedzał kino (do którego pierwszy raz zaprowadziła go matka)a później pracował w obskurnej wypożyczalni filmów właśnie klasy D. Teraz rozumiecie, że młodość spędził na oglądaniu filmów, które pochłaniał bez opamiętania. To właśnie dzięki nim wyrobił sobie skilla którym później zniszczył szeroką publiczność prezentując Pulp Fiction i zdobywając pierwszą nagrodę na festiwalu w Cannes (1994 r.). Wszystko staje się jasne Tarantino oddaje hołd temu co zrobił z niego człowieka jakim jest teraz... Rodriguez również silnie mentalnie jest związany z tym nurtem, poza tym świetnie się z Q. rozumieją więc nie było przeszkód by powołać do życia Grindhouse!

Zaczynamy ostro!
Na wstępie przepraszam wszystkich fanów Rodrigueza i jego filmów, ale Planet Terror poświecę mniej uwagi niż dziełu Mistrza Tarantino. Na osłodę wszystkim tym którzy zaczęli ostrzyć noże na mnie powiem,że właśnie od Planety Terroru zacznę.

PLANET TERROR

Jak wspominałem reżyserem jest RR. Chłopak nie odpowiada jednak tylko za reżyserię, był odpowiedzialny również za scenariusz a nawet muzykę! :)
Tak dobrze czytacie, człowiek orkiestra... Wszystko oczywiście kosztowało ogromne miliony. Jednak najbardziej ironiczne jest to że wydali miony żeby film wyglądał na wyprodukowany za parę kafli zielonych. Taki fetysz co poradzisz:)
Troszkę o fabule i postaciach. Możemy podziwiać paczkę konkretnie zrytych bohaterów, takich jak tajemniczy właściciel złomowiska(Wray), który przy pomocy dwóch noży potrafi zrobić niezłą młóckę. Przez cały film rzucane mu są belki...ups trupy pod nogi. Dodatkowym elementem stresującym może być dla niego fakt że jest głównym bohaterem filmu:) Gra go braciszek samego reżysera Freddy Rodriguez.

Obok niego w obranie ludzkości stanie kusząc tancerka go-go Cherry(Rose McGowan), która akurat przeżywa kryzys i tak mniej więcej na początku filmu traci nogę(nie żartuję:D).

Jest jeszcze Dakota(Marley Shelton ), urzekająco piękna pani doktor, która będzie zmuszona walczyć z własnym mężem.

Dorzućcie jeszcze charyzmatycznego właściciela smażalni steków, której chyba nikt nie odwiedza. Cały ten barwy obraz dopełniają tysiące zombie których jedynym celem jest zakażenie bądź zabicie zdrowych ludzi.
Zapytasz:"Skąd do ch...marchewki wzięły się tam zombie?" Proste. Do miasta które wkrótce zamieni się w planetę terroru przybywają zainfekowani marines(ich przywódcę gra Bruce Willis) dla których tajemniczy gaz jest jedynym wyjściem jeśli chcą normalnie funkcjonować. Żeby było ciekawiej sytuacją się komplikuje, seria niefortunnych zdarzeń tworzy ze spokojnego miasteczka istny burdel do którego nie można wejść bez AK47 czy shotguna! Tyle jeśli chodzi o fabułę. Prosta, nie? Oczywiście pojawiają sie zwroty akcji , których nie zamierzam tutaj zdradzać. Co tak naprawdę stanowi rdzeń ten produkcji? Powiem wam: niekończący się syf, latające flaki, 50 centymetrowe chuje, masakrowanie zombie oraz kilka innych atrakcji biura podróży Rodriguez...

Królują tutaj szalone motywy takie jak odcinanie jąder przy pomocy specjalnych nożyczek, slalom między zombie na motorynce, bieganie ,niemal, przez całą historię ze zwiotczałymi mięśniami dłoni i inne a w śród nich motyw który stał się znakiem rozpoznawczym tej produkcji. Pamiętacie może Cherry, tę striptizerkę która traci nogę? W trosce o kobietę właściciel złomowiska w pewny momencie instaluje swojej ukochanej M16 z wyrzutnikiem granatów...(jakieś większe gówno, którego nazwy nie znam i pewnie nie chce znać:D )taakkk cały Planet Terror.

Oczywiście tego typu motywów jest więcej, przedstawiłem tylko te które najbardziej wryły się w moją psychikę. Jeszcze o smaczkach. Jednego z marines zagrał sam Quentin Tarantino, postać którą gra wygłasza ciekawy monolog (który najprawdopodobniej napisał sam QT). W pewnym momencie z radia można usłyszeć o rocznicy śmierci Jungle Julie o której częściowo opowiada Death Proof. Warto wspomnieć o żołnierzach którzy w wolnych filach oglądają zapowiedz jakiegoś klasyk filmów klasy "D". Nie można zapomnieć o użyciu specjalnego filtru który ma symulować starą taśmę filmową, efekt ten potęguje dodatkowo klimat, jednak największym morderstwem jest efekt przepalonej kliszy oraz "zagubiona rolka"(obejrzycie zrozumiecie) Pewnie fanatycy znajdą ich jeszcze więcej, ja podaję tylko przykłady.
Coś o OST. Rządzi nuta która pierwszy raz pojawiła się trailerach które krążyły po sieci przed premierą filmu. Ma świetne brzmienie, które podbija do nieskończoności klimat. Większość soundtracku to wariacje pierwszego utworu. Pojawiają się oczywiście też inne motywy instrumentalne które trzymają wysoki poziom ale nie mogą konkurować z kawałkiem na początku. Zapomniałbym dodać, jest jeszcze fenomenalne "Too drunk to fuck", które wręcz emanuje lekkością oraz nieprzeciętnym, wpadającym w ucho rytmem.





DEATH PROOF

"Czym jest Death Proof?" można zapytać parafrazując tekst z kultowego Matrixa. Nie musicie szukać odpowiedzi, sam ją wam podsunę:) Świetnym filmem dla fanów klimatycznego kina, który spokojnie może sięgnąć po tytuł film kultowego(lubimy to określenie, kultowi są 4 pancerni, kultowi są Simpsonowie, nawet Gierek jest kultowy to dlaczego nie Death proof?) Jest też hołdem o którym pisałem wcześniej. A czym nie jest? Nie znajdziesz tam przepisu na sens życia, nie dowiesz się kto zabił Kennediego i innych tego typu podobnych spraw. Dla mnie jest to czysta rozrywka, oczywiście jak w każdym filmie można doszukać się jakiegoś morału( "Wiadro nosi wodę,
Póki dno nie odpadnie", czy może "Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka" ), ale tu liczy się fun i akcja.
Jeśli pojęcie akcji rozumiesz tylko i wyłącznie jako wynik mnożenia, pościgów samochodowych, ciągłych strzelanin, tony mięsa na masce, gwałtów co pięć minut to może zamiast oglądać film wyjdź o pobiegaj. Tarantino realizuje swój temat, ma swój unikatowy sposób tworzenia filmu, rozgrywa wszystko po woli a dynamizm pojawia się tylko przez chwilę. Quentin nie pokazuje tutaj czegoś nowego, przypomina tylko o swoim unikatowym stylu, w którym zakochało się miliony kino maniaków na całym świecie(w tych milionach ja.)Cechy charakterystyczne to: barwne i świetnie nakreślane postacie, nie ma w nich sztuczności, czuje się ich obecność obok podczas seansu. Co ci ludzi robią? Zastanówcie się co tak naprawdę zajmuje wam dużo czasu? Rozmawiają. Nie prowadzą patetycznych dialogów, nie rozważają nad sensem istnienia, po prostu rozmawiają. Wymieniają zdania na temat sposobu w jaki spędziły wieczór, opowiadają o swoich przygodach czy normalniej w świecie pierdzielą trzy po trzy. Do plusów należy zaliczyć również zdjęcia, które doskonale oddają tempo filmu, mamy tu zbliżenia, dużo planu ogólnego, wszystko wykonane na poziomie.

Przy okazji zdjęć zdradzę że mania Tarantino na punkcie kobiecych stóp przeżywa tu istny renesans:) Piękne, wymuskane stópki są praktycznie wszędzie. Prawdziwa uczta dla fetyszystów tej części kobiecego ciała. Warto dodać że i w Death proof nie obyło się bez efektu starego filmu, mamy tu kilka ujęć które mają wyglądać na amatorskie, pojawia się kilka zamierzonych montażowych kiksów; co wszystko pompuje klimat niemal do 10 potęgi. I tym razem nie obyło się bez zabawy kolorami i światłem. Wiem, że pisząc kolejny raz o klimacie powtórzę się ale nie ma innego słowa, widać to doskonale na każdej klatce...
Ale o czym opowiada Death Proof. Grupa przyjaciółek, wśród których jest Jungle Julie- znana didżejka radiowa, wybierają się do domku nad jeziorem. Postanawiają jednak wcześniej zabawić się w miejscowych barach.

Właścicielem jednego z nich jest postać grana przez Pana Q.

Wśród gości jest też tajemniczy Stuntman Mike(Kurt Russell), który nazywa swój samochód Śmiercioodpornym. Sceny w barze to niekończące się rozmowy i popijawa:) Wśród tego natłoku słów i gorzały jest też miejsce na muzykę. Kto oglądał któryś z poprzednich filmów Tarantino doskonale wie że muzyka stanowi integralną całość. Doskonale obrazuje to do ma miejsce na ekranie. Nie ingeruje tak mocno w montaż jak np. muzyka z filmów Kubricka , ale jest idealnym tłem. Nieraz masz złudzenie że piosenki zostały specjalne napisane dla tego filmu, podczas gdy tak naprawdę pochodzą głównie lat '70 i '80. Moim ulubionym kawałkiem z OST jest kawałek :"Down of Mexico". Świetny pod względem rytmu, idealnie zaśpiewany, na początku wydaję się być balladą by po chwili zamienić się w utwór który porwie na parkiet nawet trupa z Łodzi. Dlaczego tak dużo piszę o tym utworzę? Dlatego że jest tłem dla sceny która moim zdaniem może liczyć na miano kultowej i śmiało konkurować z pamiętną sceną tańca Travolty i Thurman z Pulp Fiction. Tak to nie przegięcie! Erotyzm jaki wylewa się z ekranu mógłby spokojnie być zlewany do butelek i sprzedawany w aptece zamiast viagry...Nie mówię tu jakimś natrętnym pokazywaniu golizny, obejrzycie zrozumiecie. Co jeszcze jest takiego wspaniałego? Sama aktorka(Vanessa Ferlito), nie jest idealnie zbudowana, w kilku kadrach widać uroczy brzuszek, nie chodzi ubrana w lateks, nie bije pejczem, po prostu subtelny erotyzm. Dla wszystkich którzy nie wytrzymają do tej sceny posyłam link:

Smaczki:
W jednym z odwiedzanych klubów widnieją plakaty szlagierów filmów klasy "B". Jedną z głównych bohaterek jest Jungle Julie o której jest mowa w audycji radiowej w Planet Terror. W Death Proof przez parę minut pojawia się Dakota, pani doktor PT. Zoe, która popisuje się zdolnościami kaskaderskimi w życiu prywatnym też jest kaskaderką. Aktorka która gra Cherry w PT również pojawia się w DP. Jako kto? Zgadnijcie, podpowiem że ma nogę:D W sieci krąży jeszcze wile plotek kto z kim spał i dlaczego, ale skupiam się tylko na szczegółach które udało mi się wychwycić osobiście(większość nie jest odkrywczych.)

Co do wszelkich komentarzy internetowych i prasowych przeczytałem, że film został okrzyknięty "najbardziej kobiecym filmem roku", a sam autor największym reżyserem-feministą ile w tym prawdy oceńcie sami:D

Mnóstwo widzów nazwało ten film, nudnym, przegadanym, filmem bez sensu, większość rozczarował koniec. Ja nie zaliczam się do żądnej z tych grup. Uwielbiam Tarantino i to co robi, uwielbiam patrzeć jego oczyma na świat, kocham go za jego podejście do filmów.
Swego rodzaju podsumowaniem będzie dialog który wywiazał się podczas jedenj z moich rozmów z Justyną:
J:"Normalnie jedziesz o takich filmach, śmiejesz się ze wszystkiego, wytykasz palcami. A kiedy Tarantino robi taki film od razu chcesz oglądać <>. Gdyby nie Quentin nawet byś nie spojrzał na ten film"
B:"Właśnie dlatego że jest to Tarantino":)
Tym pozytywnym akcentem kończę przydługawą notatkę.


PS. Co do OST to musicie go posłuchać, albo zastrzelę, powinno starczyć za rekomendację!
PS.2 Zapowiedzi nie istniejących filmów(chociaż chodzą słuchy że "Machete" ma stać się pełnometrażową produkcją).Miałem dla Was pełne wersje filmów na Stage6, kiedy zaczynałem pisać filmy były a teraz kiedy kończę administracją rozkminiła o co biega i usunęła zarówno DP jaki I PT. To było zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe:D Pozostaje wam edycja DVD. Bye!
Hobo with a shotgun


Machete


Werewolf Women Of The SS


Don't


Thanksgiving

24 listopada 2007

Radomsko



El Ambasadore:
Witam w kolejnym odcinku naszego fenomenalnego show! Dzisiaj dowiecie się jak wyglądały nasze prace nad "Radomskiem", jaki burdel i gdzie zrobiliśmy oraz co z tego mieliśmy/mamy. "Radomsko" jakby nie patrzeć nie jest filmem fabularnym, czyli ciągle kontynuujemy "nurt dokumentalny" Ambasady. Tym "żywym obrazem" żegnamy się z szeroko pojętymi dokumentami i wkraczamy w sferę filmów fabularnych. A jak wygląda teraz nasza przyszłość biorąc pod uwagę tę dziedzinę kinematografii? Powiem wprost: najprawdopodobniej nie zrobimy już dokumentu. Piszę tak ponieważ dostałem niedawno propozycję od jednego z moich dobrych kumpli żeby stworzyć film w którym pokazalibyśmy jak wygląda radomszczańska scena hip-hopowa. Rozważam tę kwestię tylko dlatego że w dużym stopniu ten charakterystyczny rodzaj muzyki jest bliski mojemu sercu:) Nie mówię też że nie można zrobić dobrego filmu dokumentalnego o tym co dzieje się w naszym mieście... można tylko trzeba się naprawdę dużo napracować, szukając tematu a później realizując go. Tak więc zostajemy przy produkcjach fabularnych.(Nad którymi też trzeba się napracować) Biorąc też pod uwagę to że poprzednie produkcje nie miały za dużo do powiedzenia to akurat "Radomsko" można już gdzieś pokazać i nie zakładać w trakcie projekcji papierowej torby żeby nikt z oglądających Cię nie pozna:P
Przechodzę do sedna.

"Radomsko" tak naprawdę jest pracą domową. Projekt wypełnia zadanie powierzone nam na jednej z lekcji Wiedzy o Kulturze. Dokładnie tematu nie pamiętam ale wiem że mieliśmy no właśnie co? Radziu?

Wnuczek_Belzebuba:
Mieliśmy na pewno aparat Kristoffa i pomysł oryginalnego wykonania tej pracy domowej. Pamiętam też, że później pracowaliśmy na wypożyczonym sprzęcie, bo nie ma co ukrywać obraz z fotocykadełka był słabej jakości. Wbrew pozorom trochę nad tym filmikiem roboty było, a pogoda wcale nam nie pomagała. Było zimno, a jednego dnia spadł śnieg, baterie długo nie wytrzymywał, buty przesiąkały, a kurteczki nie ogrzewały wystarczająco. Po zakończeniu nieźle się z Ambasadorem pochorowaliśmy, ale efekt był zadowalający.

Aha i najważniejsze był to mój pierwszy film zrobiony z Ambasadą :)


El Ambasadore:
Tak to był jego pierwszy film zrobiony właśnie dla Ambasady. Po tym dokumencie Radek trafił na stałe na listę płac naszej skromnej wytwórni. Co właściwie umie/robi? Wszystko po trochu, ale najważniejsze że robi to z pasją, ale wróćmy do "Radomska". Tak, było zimno. Pamiętam jakby to było wczoraj. Śnieg, zimno i gdzieś w tym wszystkim Andrzej... Pierwsze zdjęcia robiliśmy 11 listopada, nagraliśmy prawie wszystko tego dnia. Chociaż nie obyło się bez dużego trudu o którym pisaliśmy. Kiedy już niby wszystko było nagrane na HP brata pojawiła się myśl mojej mamy żeby pożyczyć kamerę od jej znajomej z pracy. Wiem że był to Panasonic na taśmę, czyli nie obyło się się zgrywania materiału z wideo co było po prostu straszne(w porównaniu z tym co mamy teraz)! Mniejsza, wiem że kiedy zarobię pierwszy milion kupię tej kobiecie najlepszą kamerę dla amatorów. Kiedy miałem ją pierwszy raz w ręce poczułem się jak dziecko które dostaje długo oczekiwanego cukierka. Po prostu coś cudownego, odnalezienie świadomości i proroctwo Nostradamusa jednym. Poczułem w tym jakąś magię...

Kamera oznaczała, że koniecznie musimy nagrać wszystko od początku. Dokładnie tak zrobiliśmy...Dzięki spec-umiejętnościom Krogula i AT mogliśmy nagrać materiał w muzeum u lamberta czy u franciszkanów. Wszystko pięknie. Wystarczało to zrzucić. Kiedy ja po nocach importowałem źródło na twardy dysk, Radzio za dnia nagrywał off...

Wnuczek_Belzebuba:
...a że Radzio był lektorem w kościele to nagranie jest bardzo monotonne i w wersji żałobnej. Tekst napisali dla nas autorzy albumu poświęconego Radomsku. Co do ponownego nagrywania to prawie całe mnie ominęło, z przyczyn zdrowotnych, miałem ustawioną na ten dzień wizytę w szpitalu. Pamiętam, że widziałem ekipę na placu 3 maja jak nagrywali Lambert zresztą oni mnie także dostrzegli. :)

Aaaa i jeszcze 11 listopada polowaliśmy na chleb dla Ambasadora :P

Kto próbował kupić kiedyś chleb w jakieś święto doskonale zna ten ból.
Radzio tak jak wspomniał nagrywał pogrzebowym tonem wszystkie teksty a ja przechodziłem w tym czasie drogę przez mękę podczas montażu. Jak się w przyszłości okaże swego rodzaju drogę krzyżową zawsze będę przeżywał podczas montażu:) Korzystałem wtedy z Windows Movie Maker z racji że nie znałem niczego innego (o posiadaniu i umiejętności obsługi nie piszę). Obraz zgrywany z wideo poprzez "pożyczoną" kartę telewizyjną , przeplatany moimi szalonym wstawkami montażowymi, z podkładem na który składał się monotonny głos Radzia oraz kawałki z OST Halo, niewątpliwie miał swój urok...Tak się robi filmy w Ambasadzie. Film pomimo niedopracowania spodobał się a Radziu do dzisiaj wspomina z wielkim sentymentem tę produkcje...
Aaaa zapomniałem dodać, że wraz z filmem pojawił się bonus nagrany nagle i niespodziewanie w moim pokoju (ładne stateczki miałem na ścianach, prawda?), sprawił nam niezłą frajdę. Totalny spontan i pełna improwizacja. Piosenka, którą słyszycie towarzyszyła nam przez cały pierwszy semestr. (El Ambasadore pamiętasz jak pewnego, pięknego dnia nuciliśmy ją w oknie na korytarzu, a na dole przechodziła sama profesor Klekowska xD.) To nagranie było zwyczajnym wygłupem, dopiero 11:23 przyniosła ze sobą prawdziwe "kfiatki" godne miana bonusu.


El Ambasadore
Wygłup? Co Ty to dzięki temu filmikowi staliśmy się sławni, pół szkoły chodziło i nuciło wooo hooo woo hooo hooo... Radomsko było tylko bonusem do Bonusu, naprawdę to ten dodatek wypromował film(dla niekumatych żartuję:D)


Radomsko
Udział:
Bartłomiej Żarek
Radosław Stawowy
Bartłomiej Krogulec
Andrzej Tatara

Montaż:
Bartłomiej Żarek, Windows Movie Maker

Zdjęcia:
Bartłomiej Żarek

Czas produkcji:
1 tydzień

Nagrody:
Satysfakcja:)

Historia Ambasady Pictures Part Two(Part Two of Part Two)

Okej chamy, Krogul wam pojechał, nikt nie mówił że będzie wiecznie wesoło na blogu! Nieprzeciętnie się wkurwi*śmy , tak być dalej nie może, zabieramy się za promocje tego typu imprez, wśród znajomych, na forach i na tym pomylonym blogu! Okej ale ja nie o tym, dzisiaj pojawią się obiecane fragmenty z życia Ambasady.

Okej jak wspomniałem na kilku internetowych stronach możecie odszukać nick elamabasadore, dlaczego taki pseudonim artystyczny obrałem? Znowu wracamy do cudownych czasów gimnazjum które charakteryzowały się czystym szaleństwem, wszystko ograniczało się pierdzielaniu głupot w parku, popijaniu win od Czyża którym jakimś cudem potrafił 3 razy w tygodniu przynieść do parku chotte de jabol rocznik rok wcześniej stworzony w czyżowych piwnicach. W tamtych czasach działo się naprawdę bardzo dużo pod tym względem ...Normalny dzień: Z Orzinem przyjeżdżamy autobusem do parku, przychodzi Zgred, przychodzi Czyżu z Damianciem, pierdzielimy głupoty, testujemy co tam Czyżu wyhodował w podziemiach, przychodzi Kristoff który wybiera się na pierwszą lekcję do swojego liceum .
Dlaczego o tym piszę? Na pewno nie po to żeby napisać jaki to kozak byłem, bo wcale tak nie myślę, przeciwnie, powiem że mi wstyd, ale to historia Kristoffa, moja i Ambasady. Cały ten stan ma wspólnego z pierwszym filmem w którym pojawia się nazwa Ambasada Pictures oraz moja ksywka El Ambasadore.
Ale dlaczego Ambasada? Proste z tego całego pierniczenia załapaliśmy banie że będziemy nazywać się Ambasadorami, Kristoff- Ambasador Kuby, Misiek-Ambasador Meksyku , ja-Ambasador Jamajki. Oczywiście było jeszcze kilku Ambasadorów, ale teraz nie pamiętam dokładnie jakich krajów. Później te nicki pojawiły się na różnych vlepkach które rozklejaliśmy po całym mieście...(to już inna historia)Myślę że już załapaliście; mając nicki Ambasador of....nie musieliśmy daleko szukać nazwy dla naszej wytwórni. Mało kto wie, ale na początku słownie lansowaliśmy nazwę "Wytwórnia win i filmów Ambasada" Całość się spodobała, nie ma złego brzmienia, można doszukać się nadinterpretacji samej nazwy itp.
Ok wiecie już teraz dlatego tak się nazywamy, teraz czas na pierwszy film w którym pojawia się nazwa Ambasada Pictures. Film opowiada o...no właśnie legendarnej już wyprawie "Po ośkę"(miałem zepsute koło i miałem zamiar kupić ośkę jednak wszystko wyszło inaczej:)). Co my tam mamy, paru dobrych znajomych kupuje fresco i wybierają się na cegielnie w celu konsumpcji, film pseudo dokumentalny, koniec. Całość nagraliśmy sławnym aparatem HP (w kilku miejscach filmu pojawiają się zdjęcia-ograniczenia karty pamięci i samych baterii). Teraz trochę refleksji: kiedy to montowałem (pierwszy mój osobisty montaż)i oglądałem z występującym wszystko wydawało się cool i jazzy. Teraz jest inaczej, człowiek wtedy mniej wiedział o życiu i inne tego typu pierdoły, patrząc na to teraz wstyd mi za to że wrzuciłem tam piosenkę Boba M tylko dla tego że miała fajny dźwięk. Głupi wydaje się pomysł picia na jakimś odludziu żeby zabić nudę i porobić coś śmiesznego...Człowiek się zmienia, ale kończę już marudzić, oglądajcie:



Jak widzicie w początkowej fazie naszej "twórczości" trudno doszukać się jakiś przesłań, psychologii, fabuły...Ograniczaliśmy do powiedzmy twórczości dokumentalnej. Szalone czasy gimnazjum kończą się a wraz z wkroczeniem do burdelu zwanego liceum następuje przełom, ale o tym później....:)

Na sam koniec parę newsów: filmik jest na Stage 6 - alternatywy dla youtube.com, która baaardzo nam przypadła do gustu. Dlaczego? Proste: spokojnie możemy wrzucić plik o wadze powiedzmy 500 mega, filmik nie musi mieć do 10 minut, obraz może mieć wysoką rozdzielczość, więc nie ma strat jeśli chodzi o odbiór wizualny, ostatni plus-jeśli chcecie możecie spokojnie pobrać film na dysk i cieszyć(?)się nim:D
Kolejna nasze produkcje będą miały premierę na tym właśnie serwisie, oczywiście później pojawią się również na youtube z racji popularności tej usługi...

To tyle w tym odcinku. W następnym razem z radziem opowiem coś o filmie "Radomsko"...

Kultura zaczyna się tutaj, chamie!

Koszuleczka założona, mordunia umyta, psiocha podmyta- można pisać.
Chamie! Zastanawiałeś się kiedyś, kim jest Bóg? Jeżeli tak, to źle trafiłeś. W tym miejscu, tutaj, o właśnie tu gdzie czytasz a ja piszę (dobra, możesz nad tym czasowym paradoksem pomyśleć), znajdziesz ciekawą opinię. O „Klubie Filmowym” w Miejskim Domu Kultury.
Chamie! Zapewne niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego jak kapitalne jest to miejsce. Jak niesamowite filmy są tam puszczane. Przypomina się Wam o tym, kiedy przyjedzie Stasio Różewicz do swej małej ojczyzny- wtedy to nie ma gdzie ogórka kiszonego ergo pomniejszonego wsadzić. Ledwie dwa tygodnie temu tak było. Stasia widziałem, napomniałem o nas już przy wyjściu. Ale swoje pięć minut miałem. Jak każdy kto tam był. Każdy z kilkudziesięciu dostał swoje pięć minut z hitowcem kinowym z naszego miasta, mającym delikatnego fioła na punkcie II wojny światowej.
Chamie! A spójrz Ty co było wczoraj. „Matka królów” była wczoraj! Powiem o tym filmie parę słów, które oddadzą wszystko co można o nim powiedzieć: zamiast latami biadolić, gaworzyć, pitolić, wymyślać, zmyślać, folgować, fantazjować słowem- pieprzyć o komunie, pokazaliby mi ten film. Po raz pierwszy naprawdę ucieszyłem się, że nie żyję w czasach PRL. Historia matki, Łucji Król, wdowy z trójką dzieci i jednym pogrobowcem w łonie, która musi najpierw wiązać koniec z końcem po śmierci męża w sanacyjnej Polsce z 1933 roku, potem przeżywa II wojnę, a następnie widzi jak jej czworo dzieci, wychowanych przez partię, zostaje następnie przez tę partię jednak zdradzone („partia rządzi, partia radzi...”) jest czymś, co można tylko zobaczyć. To swego rodzaju reportaż o tym, jak jeden syn, który przeżył gestapowców na Szucha i Oświęcim dla partii po to tylko, aby zostać przez partię zakatowanym. To historia mężczyzny, który silnie trzyma się partii, ma z niej wszelkie korzyści, ale jest wyklęty przez rodzinę. A najmłodszy? Ten, któremu matka nadała imię po ojcu? Wyrzeka się swego katowanego brata w imię idei. Odrzuca możliwość ułaskawienia, przyznając się do napadu „aby być dobrym obywatelem Polski Ludowej” i zostawia swoją brzemienną dziewczynę. Jest też jeszcze jeden brat, ale to skończony pijak. Szkoda, bo chociaż wierny matce, a niewierny partii, to nic nie jest w stanie wskórać.
Klemens, Zenon, Staś i Roman. Wszyscy zostali tak naprawdę wrobieni, oszukani, zdradzeni.
Chamie! A czy wiesz, kim byli jedyni widzowie na seansie? Ja i El Ambasadore. No i dwójka organizatorów. Marnować okazję do poznania prawdziwej kultury- dewiza chama. Czy Twoja dewiza? Pomyśl nad tym.



Najbliższe wieczorki odbędą się 7 i 14 grudnia, o 17.00 w Fabryce Snów (w miejscu dawnej komendy policji). Wstęp jest przecież bezpłatny, chamie. Nie zajrzysz na „Hotel Ruandę” siódmego? Albo na „Amores perros” czternastego? Kisić u Berty będziesz najprędzej znając życie. Trać okazje obeznania i nabycia krztyny kultury dalej. Dalej na tym zajdziesz, chamie.

Pozdrawiam
krogulczas

23 listopada 2007

Historia Ambasady Pictures Part Two

Witam na lekcji historii numer dwa:) Dzisiaj poznacie odpowiedzi na tak nurtujące was pytania jak: skąd nazwa Ambasada Pictures, co człowiek taki jak ja robił w gimnazjum oraz ile win domowej roboty można wypić podczas jednego tygodnia w parku(to ostatnie z dedykacją dla Eweliny G.:))Wiem że może w którym momencie stwierdzicie że za dużo piszę o sobie a nie o samej Ambasadzie, ale co poradzicie moje życie jest nierozerwalną częścią tej skromnej wytwórni a to co się działo w moim i Kristoffa życiu wpływa niesamowicie na Ambasadę.

Wcześniej wspominałem jak wyglądał nasz pierwszy filmik, teraz trzeba napisać o tym co działo się później. Nie muszę chyba mówić że wierny HaPek był silnie eksploatowany, brat praktycznie codziennie zabierał go do swojej szkoły i tam nagrywał przeróżności np. filmik z żywą kurą biegającą po szkole, albo shoty kumpli Kristoffa którzy sikają na pobocze z pędzącego pociągu i wiele wiele więcej:) Co później z tym robił? Starał się montować podkładać muzykę żeby to jakoś wychodziło. Wiem pewnie wyda się wam idiotyczne kiedy pomyślicie sobie że łączył ze sobą jakieś głupoty, ale kiedy patrzę przez pryzmat czasu to muszę przyznać że chyba było to jego pasją i nie robił z tego obowiązku, po prostu świetnie się bawił... A czy my obaj nagrywaliśmy? Oczywiście! Trzeba przypomnieć że mniej więcej w tym czasie na fali popularności był Jackass. Wręcz marzyliśmy żeby nagrać coś głupiego, akcje typu wbijanie się z jak największej wysokości w śnieg czy próby zrobienia firebąka były normalnością. W klasie (pani Mytych)mieliśmy najróżniejsze pomysł wspomnę tu o holowaniu wózka z przymocowanym do niego kiblem(wraz z osobą czytającą gazetę), czy próbach namówienia Miśka żeby się zrzygał w Championie, jeśli powiem że chcieliśmy wszytko spalić co się rusza i obrzucać Czyża gównem to chyba tylko dopełnię ten uroczy obrazek.Dlaczego nie nagraliśmy tego wszystkiego? Proste nie mieliśmy kamery...Może to lepiej dla nas i naszych genitaliów. Teraz przynajmniej widzicie jak mieliśmy nasrane w głowach.
Może teraz coś nie coś o tym skąd mamy taką a nie inną nazwę. W kilku miejscach w internecie można odszukać nick elambasadore. Ale o tym już może już w następnej notce...:)

22 listopada 2007

Kilka słów...

... o Wnuczku_Belzebuba. W pierwszym wpisie zapomniałem się przedstawić. Może jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale pod tą ksywą skrył się Radziu S... tak, tak to ja :)
Moja przygoda z Ambasadą zaczęła się nagle i niespodziewanie, przez co nie pamiętam dokładnie jak. Wszystko wydarzyło się w pierwszej klasie liceum i na pewno (to pamiętam) miał związek z lekcją wiedzy o kulturze i projektem związanym z Radomskiem i oczywiście z samym El Ambasadore. Wiem, że zrobił mi potężne pranie mózgu po czym włączył do swojej sekty i tak już zostałem. Czym w wytwórni się zajmuję tego nie potrafię dokładnie sprecyzować. We wszystkim po trochu maczam swoje długie kościste paluchy, poza montażem, bo chyba jeszcze nie zdarzyło mi się być świadkiem sklejanie filmu przez Ambasadora. Ostatnio na przykład za pomocą mojego taty Ambasada wzbogaciła się o potężny reflektor xD
Tyle o mnie...

Pozdrawiam
Wnuczek_Belzebuba

Historia Ambasady Pictures Part One

Yo! Kiedy wszyscy kolejno będą się z wami witać ja wcisnę może między wpisami historię naszej wesołej wytwórni:) W końcu wszystko na świecie ma swoją historię i tak samo jest z nami... wiem, wiem pod tym względem akurat jesteśmy normalni. Bez niepotrzebnego pierniczenia zaczyna z grubej rury:)

Ambasada Pictures powstała...no właśnie najśmieszniejsze że nikt tego nie wie,ponieważ nigdy nie prowadziliśmy żadnych archiwów, notatek, nigdy nie nadawaliśmy członkostwa, wszystko to dzieje się na tle szeroko pojętej umowy słownej. Ale żeby obietnica się spełnił to cofnijmy się o jakieś 4 lata..

Jest rok tak na oko 2003, może 2004. Nie pamiętam dokładnie, nie pamiętam też co działo się na świecie ale wiem że właśnie w okolicach roku 2004 wystartowała Ambasada. Od czego to wszystko się zaczęło? Od aparatu fotograficznego HP Kristoffa, który poza robieniem zdjęć był w stanie nakręcić kilku sekundowy film w piekielnie niskiej rozdzielczości. Kiedy brat zakupił ten cudowny sprzęt od razu chcieliśmy przetestować to cacko:) (Uwaga wszystkich ludzi o słabych nerwach proszę o pominięcie tego fragmentu.) Pojawił się pierwszy "film". Poszaleję i zapodam wam opis fabuły, tak, tak miał fabułę. Okej, na kiblu siedzi gościu (niżej podpisany), czyta gazetę i sra. Odbiera telefon: "A siedzę na kiblu, czytam gazetę i sram." Odkłada komórkę, po chwili dzwoni telefon stacjonarny. Bohater zrywa się z kibla, biegnie do pokoju w którym wala się mnóstwo flaszek po różnych napojach wyskokowych, odbiera telefon i krzyczy do słuchawki :"Waaaaazzzzzap!" Napisy końcowe. Wiem niesamowicie ambitne nie powiem, ale miałem chyba w tedy całe 15 lat i podjarany byłem dokładnie tym filmikiem


Oczywiście z racji że ja nie miałem wtedy jeszcze kompa to całość zmontował mój brat w cudownym programie Windows Movie Maker. Wszystko byłoby okej gdyby nie to że dźwięk i obraz były od bani a w scenie w pokoju obraz był niemalże czarny, ale takie są początki, co poradzisz:) Co do montażu, brat wrzucił urywak tamtej reklamy do tego filmiku, wyglądało to tak jakbym się darł do jednego z czarnuchów z telefonem. Jaka jest puenta do tej części: kumpel Kristoffa po prezentacji "dzieła" zupełnie poważnie zapytał: "A skąd wzięliście Czarnucha?" Ręce i cycki opadają:D To by było na tyle pierwszej części historii Ambasady, w drugiej napisze jaka jest geneza nazwy naszej wytwórni (przypominam że w momencie kiedy kręciliśmy pierwszy filmik nie mieliśmy jeszcze nazwy:)oraz opowiem o pamiętnej wyprawie po ośkę i innych wesołych rzeczach.

PS. Jeśli uda się odszukać wyżej opisywany filmik w odmętach dysku to na pewno umieszczę go na youtube.com i będziecie mogli oblookać jak to wyglądało.
PS2. Wybaczcie za moje dziury w pamięci, może w tym momencie zapominam o ważnych wydarzeniach, ale może kiedyś przypomni mi się jakiś ciekawy detal o którym napiszę. Poza tym poprosiłem Kristoffa żeby też coś naskrobał i myślę że może mnie poprawi w paru miejscach albo napisze o czymś o czym ja zapomniałem:D

Guten dobry

Moje uszanowanie. Krogulczas się kłania. Piszę to wszędzie, więc nie jarajcie się zbytnio.
Podobnie jak kolegos simpatikos El Ambasadore, jestem sobie Bartłomiejem. To nic, że właśnie ma wielką ochotę na anala. To on tego chce. Nie wnikam, dopóki on... nie wnika, teges.
Tytułem zapoznania z moją skromną osobą podam, że jeżeli w filmie zobaczycie:
- dmuchane lale
- aktora z "300"
- igłę z nitką
- plakat Twojego ulubionego zespołu
- karabinek szturmowy AK-47, MP 5, Berettę, SPASa itp.
- głowicę atomową
- Dziwkę, zarówno zza Wołgi, jak i znad Dniepru, zza Odry oraz znad innych wesołych rzek tego świata
To będzie to moja robota ;).

Z Ambasadą związany jestem od około roku i paru miesięcy, ale aktywnie działam od przełomowego filmu pt. "Budka". Wcześniej co najwyżej recenzowałem scenariusze wytwórni. Zaczynając robotę w tym bajzlu byłem nastawiony głównie na zarypistą zabawę oraz na pozostawienie czegoś po sobie. Nie jestem może ojcem założycielem, ale ostatnio staje się także specem od PR- wiecie, komu powiedzieć, że sobie poszedł trawę grabić, a do kogo rzeczywiście zadzwonić... takie rzeczy. Nie spodziewałem się tego - miałem nadzieję na odrobinę luzu od życia :D. Cóż, nie tym razem. Trzeba harować, nowa produkcja w toku, pomysły gotowe, czekamy na scenariusz od nowego scenarzysty. Dobrze będzie się z nim zapoznać abym wiedział jakie sprzęty i wtyki będą potrzebne na czas zdjęć.

Tac na markinezie to mammy lecciem i muszem siem spjeszyc bo chass mnje koni hehe. Kończę więc futuryzować jak ambitna różowa_dojrzała-podnietka13 i kończę. Elo pozdro.

Pozdrawiam
krogulczas

21 listopada 2007

YO!

Cześć mam na imię Bartek i jestem...ups to nie to spotkanie. Przyjęliście męsko na klatę jego powitanie teraz szykujcie się na moje. Witam wszystkich! (to oficjalnie), witajcie na blogu najbardziej porąbanej ekipy filmowców po tej stronie Radomki(to już mniej oficjalnie:)). Ok o czym będziemy tutaj pisać? Oczywiście o wszystkim tym o czym wspomniał niejaki Wnuczek_Belzebuba i jeszcze o innych sprawach które wbiją nam się do czaszki. Myślę, że w najbliższych dniach uda mi się przedstawić jak naprawdę zaczęła się historia ambasady, kto na początku ją tworzył i ile można wypić win domowej roboty w parku podczas jednego tygodnia:D Odpowiedzi na te pytania oraz inne atrakcje czekają na was już nie długo...Później może napiszę coś o członkach obecnie i może oni coś napiszą jak to zaczynali współpracę z nami itd. Na początku trochę historii a później skupimy się na tym co robimy teraz:) Oczywiście nie obędzie się bez różnej maści i rodzaju bań które nas napadają, więc nie zdziwcie się jeśli kiedy zaczniemy pisać o pulpetach i korniszonach w cieście:) Aha doskonale zdajemy sobie z tego sprawę że człowieka na starość dopadają sentymenty więc pewnie miło będzie poczytać te wypociny za kilkadziesiąt lat :) Aha zastrzegam sobie że znając nasz słomiany zapał mogą pojawiać się następujące sytuacje. Droga numer jeden: w przeciągu doby doczekacie się 15 wpisów, 40 zdjęć itp, albo droga numer dwa: nie będziemy nic pisać przez kilka dni, tygodni, może nawet miesięcy... Dobra kończę te smętny, bawcie się dobrze i komentujcie, to by było na tyle!YO!

Start!

Witam na blogu "Ambasady Pictures" do którego założenia zostałem wyznaczony. Zawsze miałem problemy z pierwszą notką, więc jak zwykle będzie krótko. NA tej stronie będziecie mogli przeczytać jak wygląda tworzenie filmu w "Ambasadzie". Pojawią się tutaj opisy kolejnych etapów produkcji, fotorelacje/relacje z planu, "jeden dzień z życia filmowca", wywody filozoficzne członków ekipy oraz wiele więcej wpisów dotyczących życia "Ambasadorów". Mamy także nadzieję na współpracę z ludźmi, którzy interesują się naszą twórczością i ujawnią się na tym blogu, wspierając nas w swoich komentarzach.

Pozdrawiam wszystkich!